Warszawskie bzykanko

Wpis

wtorek, 23 sierpnia 2011

NIE KAŻDA CIPKA JEST SŁODKA

Rozdział II

 

Kobieta, lat 48 to Ewa, właścicielka sklepu franszyzowego na warszawskiej Pradze i czarnej terenówki ze skórzanymi obiciami.

Teraz, kiedy przypominam sobie te szczegóły, podnieca mnie myśl o teoretycznym bzykanku na tylnej kanapie auta, na trzeszczącej pod naszymi ciałami tapicerce, o zmieszanym zapachu seksu i skóry.

Zazwyczaj nerwowy z powodu nielegalnych miejsc, jakie kochankowie wybierają porywając się na ten urokliwy akt, ale tym bardziej ekscytujący seks jest wystarczającym powodem do wieczornego zapełniania wszystkich dzikich miejsc osłoniętych zaroślami, gdzie w każdej innej sytuacji kierowca obawiałby się o lakier.

Równie szalonym miejscem może być podziemny garaż, choć cudowne łono natury kusi świeżym powietrzem.

            Wspomniane miejsca zielone to głównie krzaki nad Wisłą i przy tzw. wylotówkach, zapomniane i dzikie ostępy parków i tym podobnych terenów zielonych, gdzie jeszcze można wjechać, choć także kilka dziko porośniętych obszarów gdzieś za budowami, działkami i innymi terenami niezamieszkałymi na stałe. Zazwyczaj te miejsca oznaczone są przez opakowania po prezerwatywach jak i również przez same zużyte gumki.

 

 

            Ewa zadzwoniła do mnie następnego dnia tłumacząc, że przestraszyła się…

- Czego ? –  zadałem sobie pytanie – Mnie czy siebie…?

Trudno, chociaż szkoda tak słodkiego ciałka.

 

Nie zawsze jednak jest tak słodko.

Mało tego: częściej napotykam na fatalne pomyłki kobiecości.

Bo jak mam nazwać postać, która umawia się na spotkanie z mężczyzną lub raczej z nieznanym osobnikiem płci przeciwnej w celu nawiązania bliższej znajomości, a niejednokrotnie w celu wskoczenia do jego łóżka, a która pokazuje się w kapciach bo „mieszka gdzieś obok”.

Może jestem staroświecki i niemodny, ale takie spotkanie to najzwyklejsza randka !

No może nie najzwyklejsza, bo to raczej randka w ciemno, a znając moje doświadczenia, często bywa „randką w czarno”.

Oczywiście wymagania panien ogromne, żeby był taki a taki, żeby miał tyle, a tyle, a czasami, żeby miał takiego... Nie mam zamiaru pomijać także tego aspektu. Są kobiety, które wprost określają swoje zapotrzebowanie. Najczęściej można je spotkać w typowym dla nich środowisku internetowym, choć nierzadko pojawiają się zwyczajnych portalach randkowych. Ciągle powstają nowe strony graniczące z pornografią, mnóstwo zdjęć, aktów, a nawet darmowych filmików. Modna jest obecnie wymiana między parami własnego dorobku twórczego, łącznie z wymianą partnerów.

Niestety pomimo mojego zepsucia etycznego staram się szanować partnerki przynajmniej do tego stopnia, że nie wyobrażam sobie, aby w mojej obecności lub choćby za moim przyzwoleniem połowica trafiła do łóżka z innym facetem. A dodatkowo w ramach wymiany, ja z dziewczyną tego drugiego.

Wiem, że to Was kręci, przynajmniej niektórych. Taka swoboda seksualna.

Mnie kojarzy się to z handlem mięsem. Nie płacę, ale biorę coś w zamian.

Czyli albo cofamy się do epoki sprzed wynalezienia pieniędzy, albo to czyste kurestwo tyle, że z buziakami.

 

Sypianie w stylu Duchovnego z „Californication” lub choćby bohaterek z „Seksu w wielkim mieście” staje się na naszych oczach chlebem powszednim.

Tylko czemu nikt nie dostrzega oczywistych przekazów obydwu filmów ?

W pierwszym przypadku bohater zostaje aresztowany za gwałt na nieletniej i traci wszystko, cały dorobek swojego życia, a zwłaszcza kobietę o którą w tylko sobie uzurpowany sposób walczył. I traci córkę...

W drugim, po obejrzeniu kilku odcinków uznałem, że zachowanie bohaterek jest żałosne: szukają gruszek na wierzbie i tym bezczelnie tłumaczą sobie kolejne doświadczenia łóżkowe. Życie polega na kompromisach, a zwłaszcza jego współdzielenie...

...odezwał się człowiek prawy.

Nie zawsze byłem taki, jaki jestem, a moje zachowanie nie jest efektem skrzywienia umysłu po traumatycznych przejściach związanych z kobietami. Jest ono raczej, o czym już pisałem, efektem przystosowania się, choć przyznam: łatwego i przyjemnego.

 

Na jedno ze spotkań w wedlowskiej kawiarni na Pl. Wilsona, miejscu spotkań biznesowych, towarzyskich... przybyła matrona w wypchanym swetrze i bodajże w starych spodniach dresowych i kapciach na nogach. Górna część jej odzienia była pokryta sierścią, a na moje rozszerzone oczy na ten widok, skwitowała, że jest szczęśliwą posiadaczką  kilku kotów i mieszka obok, a że jest w trakcie sprzątania, nie miała czasu na zmianę odzienia.

Czyli coś w stylu: „trzepała Zośka dywan, z dywanu leciał kurz...” (Kukiz)

Dobrze, że nie pamiętam już imienia opisywanej oskarżonej, bo nie omieszkałbym ujawnić publicznie z najdrobniejszymi detalami wszystkich z nią związanych faktów. Niestety pamięć już zawodzi...

Ale za to przytoczę jeszcze kilka innych faktów z mojego bogatego życia towarzyskiego lub raczej towarzysko – erotycznego. Choć tak naprawdę: tysiąc strzałów w necie, sto spotkań kawiarnianych, a zaledwie kilka w miesiącu dymanek.

Otóż inna niewiasta, mieszkanka Bródna z ulicy Łojewskiej wystraszyła mnie swoją oszczędnością wody. W innym wypadku mogłoby to być cnotą proekoloszki, ale nie w przypadku przygotowań do podbojów erotycznych.

Wspomniana, dodam niemłoda już gospodyni, a więc chyba obyta w tej kwestii, kiedy zanosiło się na bliższy kontakt cielesny, pozostawiając niedomknięte drzwi do łazienki, przekroczyła jedną nogą brzeg wanny, aby opłukać sobie... futerko.

Co innego szybki numerek i szybkie płukanko między nogami, a zupełnie co innego przygotowania do wspólnie spędzonej nocy.

- Kurwa, przecież chcecie być całowane, pieszczone...

...a potem pozostaje w ustach gorzki smak przedawkowanych tanich podróbek perfum czy kremów odmładzających. Nie wspomnę o smaku i zapachu ust palaczek. A już nie daj Boże, kiedy powiem, że tytoń mi nie przeszkadza. Wydaje się to jednoznaczne z zaniechaniem jakiejkolwiek higieny jamy ustnej.

Spieprzyłem, gdzie pieprz rośnie !

Cała okolica w tamtym czasie wydała mi się gówniana. Chodnik przed blokami po parzystej stronie numeracji jest wiecznie zasrany przez nocujące na gałęziach ptactwo. Po przejściu burzy, spadło trochę liści. Wszystko wymieszało się razem: woda, odchody i liście, tworząc śmierdzącą, śliską papkę. Gnojowisko.

Byłem jakiś czas potem w tamtych stronach i wszystko wyglądało schludnie acz ciągle zapachowo, dlatego cześć dozorcom. Od tamtej jednak przygody zwracam baczniej uwagę na okolicę zamieszkania interesującej mnie osoby. Im więcej drzew tym więcej ptaków i guano, więcej cienia, a mniej słońca czyli mniej radości w ludziach. Efekt: okolica starych tetryków i moherowych beretów.

Jeszcze inna dama powiedziała wprost, że nie używa mydła, co uznałem za normalne w przypadku świadomej osoby. Mydła wysuszają skórę, bo ich głównym składnikiem nie jest środek myjący, ale nadużywane substancje zapachowe i inne bliżej nieznane.

Niestety, jakimż zdziwieniem był dla mnie widok opłukujacej się Bożenki z Mokotowa, bo tak miała na imię, samą tylko wodą bieżącą. I choć wodnym prysznicem omiotła całe ciało, nie zauważyłem stosowania żadnego środka myjącego, choćby do higieny intymnej. Stąd moje niestety, ponieważ właśnie odbyliśmy stosunek płciowy. Co mogło być wcześniej, szybko usunąłem z mojej świadomości.

Te tematy poruszę dogłębniej, a być może dalsze kilka rozdziałów będzie poświęconych całym skopiowanym dialogom z komunikatorów netowych oraz nagrań rozmów nowo poznanych towarzyszek. Dlatego drżyj płci nadobna !

Prawda wyjdzie na jaw.

 

 

Tymczasem wrócę do Uli, opisywanej sąsiadki.

W sumie to piękna kobieta, ale sypianie z osobnikami dla zaspokojenia wyłącznie własnej chuci, choćby było sporadyczne, jest złe.

Już słyszę głosy:

-         i kto to mówi ?

A kto ma mówić – ksiądz z kompletnym brakiem autorytetu i jeszcze mniejszym doświadczeniem, chociaż z tym to bywa różnie... ?

Ula nie jest złą dziewczyną, ale szukając kandydata na męża, choćby partnera, nie idzie odpowiednią ścieżką. Rozumiem, że każdy potrzebuje od czasu do czasu małego bzykanka, ale...

My faceci podobno jesteśmy jeszcze większymi plotkarzami od kobiet, stąd wiem, że Ula spotkała się już z innymi panami i niekoniecznie stanu wolnego.

I gdybym był przypadkiem właścicielem białego konia (nie przeczę, że nie jestem) oraz majątku ziemskiego czy zamku, ta informacja zakłóciłaby moje wyobrażenie o niewinności owej postaci. Co poniekąd stało się, choć zamku nie posiadam.

Być może tutaj dotknąłem sedna sprawy: gonię za ideałem, który istnieje tylko w moich fantazjach, a nie znajdując, zadowalam się kolejnymi zdobyczami z wtórnego obiegu.

Nie ganię kobiet za brak wstrzemięźliwości. Ganię natomiast za głupotę. Podobnie jak ja podążają drogą zepsucia w poszukiwaniu anioła.

I wyszło, że jestem durną istotą...

Jestem.

Jednak na tyle wiadomą popełnianych grzechów, że zaczyna mi to wszystko ciążyć i  choć przyjemnymi chwilami nazwać muszę przynajmniej niektóre spotkania, skazą rysują się one na mojej duszy, piętnując i rozrywając ostatnie kawałki mojego sumienia.

Nadzieją moją kolejna. Po raz kolejny w mistrzowski sposób odetnę się od przeszłości, zwinę lub raczej rozwinę żagle i wyląduję na nowej Ziemi Obiecanej. A tam życie rozpocznę od nowa.

Czym różnię się od innych ?

Otóż ja wyrwałem swoje korzenie. Jestem gałęzią wierzbową, która wsadzona w wilgotną glebę przyjmie się wszędzie.

Odżyją martwe tkanki i zazieleni się suchy patyk na nowo, jeśli…

…jeśli znajdę grunt, a wcześniej nie uschnę z braku wody.

 

Coś jednak ciągnie mnie do mojej sąsiadki. Może spróbować ?

Napisałem, ale jej odpowiedzi były raczej chłodne.

Dwie opcje chodzą mi po głowie: iść i zdobyć siłą, czego efektem będzie 50/50 koniec lub nietuzinkowy początek …lub poczekać na ruch z jej strony.

Dałoby mi to wyraźną odpowiedź, że czasami myśli o mnie...

No tak, ale ostatnio rzadko mijamy się na klatce schodowej i jeśli nie odezwie się pierwsza, mogę długo czekać, a że nie jestem nazbyt cierpliwy...

... zadzwonię do Gosi z Gocławia. Ma urlop do czwartku i zapewne nudzi się w domu.

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
madcock
Czas publikacji:
wtorek, 23 sierpnia 2011 13:10